O mnie...
"Ja cóż - włóczęga, niespokojny duch
Ze mną można tylko
Pójść na wrzosowisko
I zapomnieć wszystko "
Moje gg: 2302074
Mój e-mail: bloodged@gmail.com
Archiwum
2009Linki
Things and places close to my heart.Dzisiejszą notkę sponsoruje nowa płyta Stinga i ostatnie wydarzenia. Stwierdziłem zdecydowanie, że będę używał tego bloga w celu osobistej terapii psychologicznej, tak więc nie ma co, i trzeba zaczynać. Na początku musi być wprowadzenie, więc proszę bardzo, zaczynam od nowej wersji starszego utworu Stinga, The Hounds of Winter.
Link na Youtube:
http://www.youtube.com/watch?v=3Dy1uTvdqEU
Słowa:
Mercury falling
I rise from my
bed
Collect my thoughts together
I have to hold my head
It
seems that she's gone
And somehow I am pinned by
The Hounds of
Winter
Howling in the wind
I walk through the day
My
coat around my ears
I look for my companion
I have to dry my
tears
It seems that she's gone
Leaving me too soon
I'm as
dark as December
I'm as cold as the Man in the Moon
I still
see her face
As beautiful as day
It's easy to remember
Remember
my love that way
All I hear is that lonesome sound
The Hounds
of Winter
They follow me down
I can't make up the fire
The
way that she could
I spend all my days
In the search for dry
wood
Board all the windows and close the front door
I can't
believe she won't be here anymore
I still see her face
As
beautiful as day
It's easy to remember
Remember my love that
way
All I hear is that lonesome sound
The Hounds of Winter
They
follow me down
A season for joy
A season for sorrow
Where
she's gone
I will surely, surely follow
She brightened my
day
She warmed the coldest night
The Hounds of Winter
They
got me in their sights
I still see her face
As beautiful as
day
It's easy to remember
Remember my love that way
All I
hear is that lonesome, lonesome sound
The Hounds of Winter
They
harry me down
Dlaczego ten utwór? Można go odebrać dwojako, jako że ukochana osoba umarła, zaś druga wersja jest mniej sceptyczna, ukochana osoba po prostu zostawiła autora. Pozostałą analizę pozostawmy w spokoju, bo nie o to mi chodzi. Nowa wersja tego utworu jest pełna smutku, wewnętrznego rozedrgania emocji, głos Stinga jest spokojniejszy, jakby zmęczony, nie stara się być ani na chwilę wesoły, nie udaję że nie jest mu smutno. Muzyka uzupełnia słowa piosenki doskonale, stara aranżacja była jakby wesoła, nie odnosiła się do śmierci, lecz właśnie bardziej do smutku po rozejściu się, ta wersja wraz ze skrzypcami i delikatną akustyczna gitarą skłania do jednej prostej konkluzji, autor pozostał sam bo jego ukochana nie żyje. I tak przechodzę dalej, dlaczego tak wykorzystuję ten kawałek a nie jakiś inny. Jako że ma być osobista terapia to proszę bardzo. W ostatniąsobotę zmarł mój dziadek. Nie rozpaczam po nim, nie płaczę, nie boli mnie to, czuje jedynie jakby pustkę. Mam wrażenie że on po prostu jest na swojej działce i z niej nie wraca, że jest tam gdzie zawsze lubił być. Nad trumną się uśmiechałem, nie żeby pokazać że się trzymam, ani żeby ludzie myśleli że jestem jakiś pokręcony. Po prostu wiem żeteraz jest mu lepiej, nie wierzę w chrześcijańskie niebo. Po prostu wiem że już nie męczy się z żadnym bólem, nie cierpi, nie dokuczają mu żadne problemy. Na tydzień moje życie zatrzymało się, nie byłem wstrząśnięty, po prostu nie mogłem na niczym się skupić, potrzebowałem czegoś by mnie wywlokło z marazmu. Bo ostatnie wydarzenia jakie zachodzą u mnie w życiu sąpo prostu męczące. Rodzinne problemy – nie ma sensu tego tutaj opowiadać – jest to nazbyt prywatne, i bardzo osobiste, i bardzo męczące. Studia, miesiąc choroby narobił zaległości, teraz ten tydzień... no i trzeba wziąć się w garść i iść do przodu. Nie przejmować się co mówią do okoła, jak bardzo próbują trzymać cię przy ziemi gdy się potkniesz. Mam za sobą bardzo ciężki psychicznie weekend. Miałem wrażenie ze walą się moje studia, że wali się dom, że wali się rodzina... ale to chwilowe nawarstwienie wszystkich problemów, i psychika szuka drogi wyjścia – jak nie tędy to tamtędy, znajdzie się drogę nawet jeśli trzeba będzie zmienić siebie o kilkaset stopni. Ale dzisiaj jest już lepiej, skończył się weekend, zaczęły się znowu obowiązki, trzeba się skupić, wziąć do roboty, nie poddawać się i rwać do przodu, bo nikt inny za ciebie tego nie zrobi. Nawet jak upadniesz, masz siłę by wstać i iść dalej.
Jest lepiej :) mimo że naprawdę nie jest łatwo. Dystans to podstawa.
Na poprawinie humoru, dowcip który prześladuje mnie od kilku ostatnich dni:
An Elf, a Human and a Dwarf are in a
bar having a drink when a great-looking female Dwarf comes up to them
and says, "Whoever can say liver and cheese in a fine and
interesting sentence can have me."
So the Elf says, "I
love liver and cheese." The female replies, "That's not
good enough."
The Human says, "I hate liver and cheese."
She says, "No, that's not creative enough."
Finally, the
Male Dwarf, rise his head above the glass of beer and says, "Liver
alone . . . cheese mine."
:) i jak już poprawiłem humor sobie, i poprawiłem humor wam, to zapraszam na pożądne zakończenie notatki. Skoro mam w tej chwili na zegarku za 15 minut 22 w takim razie dobra kołysanka powinna być jak najbardziej na miejscu.
Zatem skoro dzisiejszą notkę sponsoruje nowa płyta Stinga " If on a Winter's Night..." zapraszam do przeczytania tekstu i wysłuchania – Lullaby To An Anxious Child.
Link do Youtube:
http://www.youtube.com/watch?v=Tok3vifovQc
Hush child,
Let your mommy sleep
into the night until we rise
Hush child,
Let me soothe the
shining tears that gather in your eyes
Hush child,
I won't
leave I'll stay with you to cross this Bridge of Sighs
Hush
child,
I can help the look of accusation in your eyes
In your
eyes
The world is broken and now
All in sorrow
Wise men
hang their heads
Hush child,
Let your mommy sleep into the
night until we rise
Hush child,
All the strength I'll need to
find, I'll find inside your eyes
In your eyes
Dobrej nocy.
Nie ma sensu przelewac myśli na papier gdy nic cie nie dreczy, nie ma także sensu przelewać myśli na papier jeśli nie chcesz żeby ktokolwiek je czytał. Jeśli wstydzisz się, boisz się, nie jesteś pewien tego co pomyśla i jak wykorzystają to ludzie do okoła ciebie.
Zakładasz maskę, po raz kolejny, udajesz kogoś kim musisz być by przetrwać kolejny dzień w tym dusznym męczącym świecie, gdzie każdy ma coś do ukrycia, i każdy może zranić twoje uczucia w tak perfidny sposób, iż nie jesteś sobie w stnaie tego wyobrazić. Mówia że przyjaciele i rodzina ranią najdotkliwiej, i jest to prawda. Słowa obcych nie dochodzą tak głęboko, nie sięgają pod skóre, nie wchodzą w same nerwy i niszczą kawałek po kawałku każdej komórki jaka miałaby znaczenie.
Pisanie jako forma terapii, jako sposób na radzenie sobie z problemami, z własnym nieogarniętym światem wewnętrznym, w którym bez ustanku toczy się o coś wojna. Gdy chcesz uciec, zapomnieć, być w końcu w 100% sobą. Dotarło do mnie że mam tylko 2 osoby na świecie przy których mogę być w 100% sobą, i nie zniszczą mnie za to, nie wbiją noża w plecy i zgwałcą cię za to że odkryłeś się i pokazałeś jak bardzo delikatny jesteś pod kamienna maską codzienności.
Jest to zarazem smutne, ale też pokrzepiające, mimo że to tylko dwie osoby, ale zawsze, pocieszam się nieszczęściem innym, w jaki sposób? Bo inni mogą mieć gorzej... zły sposób na pocieszanie, a chuj z tym. Z resztą, kogo obchodzą inni ludzie, jak bardzo można nienawidzić otaczającego Cię świata, i ułuy pozytywności. Tak na prawdę jestem samotny, i to jest chyba ten największy problem jaki mnie męczy. Od ponad pięciu lat nie byłem w żadnym związku, nie żeby był to jakiś problem, nie, nie chodzi o seks, nie chodzi i nigy nie chodziło. Chodzi tylko o jedną jedyną najmniejszą sprawę. O to że żadna książka, żadna piosenka, gra, film czy serial nie pozwalają na ucieczkę od tego co nas otacza, od tego świat jaki na nas spadł i w jakim przyszło nam żyć. Mekką, wymarzoną chyba, byłby taki właśnie związek w którym mógłbym czuć się w 150% sobą... nie bać się odkrycia, nie posiadać żadnej maski, być miekkim, nie udawać, nie wymyślać wymówek nie obdzierać się ze skóry, po prostu zdjąć ubranie, i być takim jakim się jest. To najgorsza męczarnia jaka przypadła człowiekowi. Nie móc być sobą.
Stworzyłem swój nick, BloodSuicide wiele lat temu, a gdy teraz na niego patrzę, widzę ból i smutek. Nie zawsze mnie to otacza, nie zawsze nadaje się do opisania mnie. Chociażby nawet skrót z tego nicku, samo Blood. Nie opisuje mnie. Staram się być pozytywny, nie "zamulać", brnąć do przodu, walczyć o każdy dzień by miał znaczenie. Chciałbym być sobą, Michałem K. Nikim więcej. Dlaczego jest to prawie niemożliwe? Dlaczego tak bardzo potępiam się? Dlaczego nie wierzę w siebie, i boje się uwierzyć? Co tak naprawde powstrzymuje mnie przed byciem sobą i byciem najlepszą możliwą wersją mnie ? Ludzie? Rodzina? Odpowiedz w sumie powinna być prosta. Strach. Znam ją, ale nie można tego nazwać po prostu strachem. To nie jest Poprostu Strach. To coś więcej, coś głębszego, coś nienamacalnego, coś co dławi Cię w samym środku i niszczy, i zatyka i przkierowuję wszystkie pozytywne emocje w coś co staję się uwarunkowaniem, przystosowaniem do życia w społeczeństwie.
Czy pisarz powinien pisać o tym co wie? O tym co zna? Czy powinien pisać o swoich oczuciach? Czy może wyjść dalej, stworzyć coś innego, pokazać "jaja", stać się czymś więcej, wyjść poza margines błędu osobistego osądu styuacji. Kolejna blokada, ta sama która blokuje mnie przed światem zewnetrznym, blokuje mnie także na świat wewnętrzny, na własne uczucia, odczucia i przemyślenia, i kierowanie nimi by przelać je na papier. Rozumiem już dlaczego ludzie piją, dlaczego palą, to nie jest ucieczka. To moderstwo, to brutalne morderstwo wewnętrznego strachu. Gdy nie potrafisz sobie z nim poradzić, gdy już nie wiesz jak, nie posiadasz odskoczni, znajdujesz ją w codziennych używkach, czasem pomagają, w większości pomagają, ale nadal brakuje Ci tego kim naprawd jesteś, bez tych używek, bez nałogu, bez naprostowywaczy. Ale gdyby to było takie proste.
Już prawie rok minął od ostatniej notki, tak bardzo starałem się unikać wystawiania jakichkolwiek tekstów na stronę. Nie ważne, nie mówię że będę wrzucał częściej jakiekolwiek teksty tutaj. To nigdy nie skutkowało, wiem tylko że chce pisać. Piszę z całego serca, bo wiem że to moje jedyne wyjście by nie czuć się tak tragicznie, brak innych opcji, niestety. Dobrze że mam tego bloga. Dokumenty na twardym dysku nie zarastają kurzem, ale gubią się w natłoku kilobajtów danych.
Mijają dni, dzień za dniem, chwila za chwilą, jakaś cząstka mnie umiera każdego dnia, i każdego dnia rodzi nowa. Rodzi się jedna za drugą, rodzą się, zmieniają mnie w innego człowieka, każdego dnia z każdą godziną przemieniam się w kogoś innego. Staram się ,staram się jak najmocniej odrzucać moje codzienne szare ja. Moje wczorajsze, niepotrzebne wątpliwości, spóźnione myśli marzenia i pragnienia. Przemieniam je w nowe, zupełnie nowe odizolowane od tamtych. Tylko trochę, troszeczkę nacechowane poprzednimi wcieleniami. Tylko tak, by zaznać smaku przeszłości. Nie, nie uciekam nie myślcie sobie że to takie proste i łatwe, że to w ten sposób chcę rozegrać. O nie, zdecydowanie wolę walczyć, zdecydowanie wolę walczyć, krwawić, pluć, włóczyć nogami i kląć na czym świat stoi. Chcę walczyć o siebie, o to kim jestem, nie pragnę niczego więcej chyba. Pragnę być sobą, by cały świat który mnie otaczał był mną, Mną i niczym więcej. Mymi pragnieniami, mymi marzeniami, wszystko to co na zewnątrz powinno pochodzić od tego co w środku. Moje wnętrze powinno się uzewnętrzniać.
Tak to już jest z naszymi codziennymi sprawami, że zawieszenie pomiędzy rzeczywistością a snem nie jest takie proste. Walczymy, o samych siebie a przegrywamy z rzeczywistością. Ileż to razy przyszło nam zmierzyć się z kłamstwami, wykorzystywaniem i pomówieniami. Ciężkie decyzje, chwile które wydają się być poza naszą kontrolą, które to chwile potem zostaną wykorzystane przeciwko nam. Życie to nieczysta walka, dlaczego akurat tak. Dlaczego akurat walka. Dlaczego nie może to być pokój, zamiast tej cholernej wojny. Ileż to razy zapragnąłeś, zapragnęłaś skosztować zwykłego momentu życia, kiedy nie musisz kłamać, nie pragniesz bronić się przed światem który cię otacza i forsuje twoje mury.
Jakże prosto jest nas zranić, jakże prosto jest wbić igłę pomiędzy cegły naszego muru, jak łatwo sprawić by to malutkie ukłucie stawało się natarczywym i wytrącającym z równowagi ukąszeniem komara, który wsącza swój jad prosto poza cegły, prosto pod powłokę. Ilekroć słyszę słowa piosenki Johna Lennona , nie mogę przestać ich słuchać, wyobrażać sobie co by było gdyby, gdyby to wszystko stało się prawdą. Gdybyśmy przestali dostrzegać podziały a zaczęli widzieć połączenia. I nie mówię o jednostkach, tylko o masach, o masach które stają się jednostką. Nie podzielonymi jednostkami, które myślą osobno, tylko jednością. Prostą , najprostszą na świecie jednością.
Czy wtedy łatwiej byłoby wybrać sprzeniewierzenie się swoim marzeniom i wybranie czegoś bardziej bezpiecznego. Czy wtedy łatwiej byłoby walczyć, o przepraszam... czy wtedy w ogołe byśmy musieli walczyć? Jak to by było. Wyobraźmy sobie, świat bez nieba czy piekła, świat bez dualizmu, bez strachu. Czy mógłbym powiedzieć wtedy Czyń podług swej woli, gdyż Miłość jest twoją wolą, i tylko w Miłości odnajdziesz wolność ?
Hah, nawet na chwilę nie potrafię uciec od tego słowa, od tej idei, nawet na kilka spokojnych momentów, przypływów fali, odpływów także... gdzież tak do cholery usadowiła się idea miłości ? W mym sercu, nie , przecież to tylko kawałek ciała, materia, najzwyklejsza materia oddziałująca na impulsy elektryczne. Czy to nie w głowie siedzi miłość? Czy to nie tam zadomawia się osoba, myśli, wierzenia, pragnienia? Czy to nie w środku naszego umysłu czujemy zniewolenie, czujemy przypływ energii który rozpływa się po naszych ciałach. Czy tylko nasze oczy płaczą gdy ktoś nas zrani, gdy ktoś nas obdaruje szczerym dobrem, czy to nie nasze dłonie? Nasze policzki? Nasze nogi? Czy nie całe nasze ciało odczuwa, płacze i śmieje się razem z nami ? A cóż odpowiada za nasze ciało, czy nie jest to głowa, czy nie jest to mózg, jak łatwo powiedzieć że mózg nie jest seksowny, że to tkanka gąbczasta i nic poza tym... hah czy to nie w mózgu winna mieszkać dusza? Tak, pragnę w to wierzyć. Że to nie serce, lecz mózg jest samym środkiem naszej istoty to on czuje, to on jest raniony, to on płacze a z nim całe ciało. To nasze uszy, słyszą to nasze oczy widzą, a to wszystko połączone przez nerwy, prowadzące prosto w sam środek naszej duszy, do mózgu.
Zmieniam się z każdym dniem, a jednak pragnę powracać do przeszłości, pragnę smakować tych gorących i dobrych chwil, które ocieplały mnie gdy było mi chłodno i źle. Pragnę wracać do chłodu nocy, i drżenia całego ciała gdy byłem zraniony lub czułem podniecenie. Czy to źle? Czy to dobrze? Nie obchodzi mnie to, już nie pytam się innych osób. Szukam własnej odpowiedzi, gdzieś w zakamarkach mojego umysłu, pomiędzy czerwonymi poduszkami, zakurzonymi książkami, gorzką herbatą i muzyką płynącą ze słuchawek. Zapamiętać, nie bujać głową w tak muzyki, bo słuchawki spadają i przerywają połączenie z matrixem ;) .
Znowu nie potrafię skupić się na jednej myśli, mój umysł płynie, dotyka jednej skay, kolejnego kamienia, chwyta się kolejnej gałęzi, pragnie zatrzymać się o kolejną tamę. Lecz to na nic, gdy już raz w rytm wpędzony, płynie, sunie, leci do przodu, nigdy już w tył. Czasem tylko zatrzyma się by napić się herbaty, wyimaginowanej owszem. Bo ta prawdziwa już dawno się skończyła ;)
Należy przestać się bać, tego co może przynieść dzień następny, przestać się bać nowych możliwości i okazji, z których można skorzystać. Należy żyć swoim życiem, nie słuchać innych, gdy nie czujesz tego co mówią. Należy czuć, czuć swoje życie, czuć swoje pragnienia. Pluskać się w nich, i wciągać je nosem , niczym zapach fiołków, niczym smak miodu, niech odurza nas, niech morduje , zabija każdą najmniejszą cząsteczką naszego istnienia. Tylko wtedy gdy umrzesz odrodzisz się na nowo, umieraj, umieraj w sobie, i ródź się na nowo, ródź się , krzycz, przeklinaj ten żywot, ciesz się nim, morduj, twórz na nowo, składaj, niszcz, buduj, rozdzielaj, kochaj i nienawidź, bądź sobą, nie cofaj słów i wypijaj każdą chwilę niczym krew, wysysaj swoje życie, wysyaj ję do najmniejszej kropli krwi, do ostatniego oddechu. Nie przestawaj, nie przegrywaj. Zawsze masz kontrolę, zawsze masz kontrolę nad swoim życiem. Nigdy nie poddawaj się, gdy myślisz, że sprawa jest przegrana. Nawet jeśli nie chcesz, nie słuchaj mych słów, niech one do ciebie nie docierają. Odkryj swoją prawdę sam. Sam i na nowo, każdego dnia. Zmieniaj się, przeklinaj lub chwal dzień poprzedni.
A teraz głęboki wdech................ i wyyyydechh......... i cisza nie nastała, bo serce ciągle bije i pompuje krew do mózgu... i pobudza duszę do myślenia i pragnień.
Oh już to skończę, późna to pora. A rzeczywistość dnia kolejnego przypomina o sobie, pragnie walczyć ze mną, o kolejną kroplę mojej krwi. Ale ja nie dam się tak łatwo, o nie. Wiecie co powiem wschodzącemu Słońcu, gdy zawity do mojego pokoju ? Nie? To proste. Pierdol się ! Moe teraz wyrzec się i ciebie, i Księżyca także, mogę wyrzec się wszystkiego dookoła. Ziemi, rodziców, narodowości, przyjaciół. Ale nie wyrzeknę się Siebie!
Ahoj tam w oddali. Prosto w marzenia, prosto w krainę snu, w krainę otchłani.
A potem uśmiechnę się szyderczo i powiem coś innego.... Kocham Cię. I zaśmieję się najgłośniej jak potrafię. W twarz całemu światu.
;)
Zawieszenie pomiędzy rzeczywistością a snem
Zagłębiając się w zakamarki mojego umysłu
nie raz ocierając się o serce mojej duszy
podróżując poprzez nieskończone głębiny myśli
zatapiam się w świat marzeń.
Świat pragnień i uczuć.
Nie raz, nie dwa, przyszło stoczyć mi walkę z własnym Ja.
Wiele razy przegrywałem,
chowałem się, uciekałem dalej i dalej.
Wiele razy też wygrywałem,
lecz nie były to decydujące bitwy
wszystko rozmywało się w czasie.
Każde postanowienie, pragnienie i dążenie do celu odsuwało się na bok,
raz po raz zatrzymywałem się i ruszałem do przodu.
Nigdy tak naprawdę nie wiedząc
Po co, na co i gdzie.
Każde z tych pytań towarzyszyło mi od początku mej podróży.
Nadal nie znam na nie odpowiedzi,
Mogę jedynie wierzyć jedynie w te podpowiedzi,
które podyktowały mi umysł i serce.
Nie są one ostateczne,
tak jak każda przegrana i wygrana bitwa,
nigdy nie znajdziemy ostatecznej odpowiedzi,
lecz mimo wszystko ciągle będziemy pytać w kółko.
Nawet jeśli odpowiedź znajdzie się przed naszymi oczami.
Taka jest już natura człowieka,
by brnąć głębiej, zastanawiając się nad stanem rzeczy
lub nie.
Ale mimo wszystko, zawsze dalej, głębiej i do przodu.
Nawet jeśli postawimy tysiąc kroków w tył,
to jeden do przodu może zmienić wszystko
rozpocząć poszukiwania na nowo.
Zawieszeni będziemy już na zawsze,
pomiędzy zimnym oddechem rzeczywistości,
który nie raz zmrozi nasz osąd,
oraz ciepłym dotykiem marzeń,
gdzie uciekać będziemy by brnąć dalej,
brnąć dalej w czasie, czasie nazywanym życiem.
Ostatnio jakieś dziwne zawieszenie
zapanowało nade mną, mówię dziwne, bo to niepewne uczucie.
W pewnym sensie idę do przodu, jestem na kolejnym roku studiów,
ostatnio nawet napisałem opowiadanie, erotyk. Ale dużo myślę o
przeszłości ostatnimi czasy. Przypominam sobie stare mieszkanie,
klimat tamtych dni, życie gdy byłem mały. Wydawało się szare,
proste, smutne. W domu chłodno, szczury pod podłogą, nie
przelewało się i nie było cudownie, ale... ale mimo wszystko było
ciepło w środku, w sercu. Teraz wspominam światła, dźwięki,
zapachy... gdy widzę Jesien, przypomina mi się Słowackiego i stare
drzewa, gdy szedłem do podstawówki czy gimnazjum. A gdy
słucham muzyki, chcę powrócić do tych czasów, gdy
byłem taki mały i takie piękne utwory leciały w radio i
telewizji.
Oddział Zamknięty – Gdyby nie Ty ... przepiękny
utwór, taki ciepły... Turbo – Dorosłe dzieci ... heh.
Robert Chojnacki, Piasek, Budka Suflera, Lady Pank, ONA, DŻEM,
Zdrowa Woda... kiedyś, kiedyś... a teraz mam przynajmniej youtube,
i mogę pooglądać, posłuchać jak to było dawniej. :)
Czytałem ostatnio moje pierwsze notki na blogu... wrażenie - makabryczne :) Jak to człowiek się zmienia na przestrzeni lat, jak zmienia się jego styl, jego poglądy, odkrywa to co naprawdę ważne w jego sercu. Heh byłem naiwny, niedoświadczony, w sumie nadal jestem, ale teraz dostrzegam chociaż trochę z tego co było... heh. Chyba tylko jedno się nie zmieniło, samotność. Gdzieś tam stoi z boku, w cieniu, i spogląda na mnie chytrymi oczkami. Ostrzy pazurki, czeka na słabszy moment by wedrzeć się i rozdrapać kilka ran, wbić drzazgę głębiej, co by stary ból przypomniał o sobie.
A teraz zawieszenie... stare dzieje, może to przez tą sesję poprawkową, rozpoczęcie drugiego roku, musiałem się wyciszyć, uspokoić nerwy, ale czuje że to już za długo, już wystarczy.
Jak to w ostatniej rozmowie pewna bardzo ciepła osobą powiedziała mi „życie to tylko gra. od Ciebie zależy ile wspomnień a ile fantazji zabierzesz ze sobą.” Obudziły mnie te słowa, chociaż znów zaczynam bić się ze strachem, z nerwami, ze starym „dobrym” panem Strachem, który nie czyha z boku jak koleżanka Samotność, tylko drwi, i dławi od środka. Umościł sobie wygodny kąt gdzieś pod żebrami, chyba w dosyć osobliwej windzie pomiędzy żołądkiem a sercem, i uderza w nerwy, niczym małe dziecko w cymbałki. Ale trzeba się temu przeciwstawić, zdławić i pokonać i iść do przodu i walczyć o swoje. Chciałbym podziękować Ci Sylwio, za ostatnie tygodnie, za te ciepłe rozmowy, wymiany monologami, komentarze i dobre słowa. Naprawdę, to wiele znaczy. Może jakoś pomożesz ogarnąć tą osobliwą parę, która doskwiera, a od czasu do czasu ujawnia się bardziej.
Nie wiem co mogę napisać więcej... trzeba zabrać się ża życie, bo zegar nie będzie czekał.
Ticking away the moments that make up a
dull day
You fritter and waste the hours in an off hand
way
Kicking around on a piece of ground in your home town
Waiting
for someone or something to show you the way
Tired of lying in
the sunshine staying home to watch the rain
You are young and life
is long and there is time to kill today
And then one day you find
ten years have got behind you
No one told you when to run, you
missed the starting gun
And you run and you run to catch up
with the sun, but its sinking
And racing around to come up behind
you again
The sun is the same in the relative way, but youre
older
Shorter of breath and one day closer to death
Every
year is getting shorter, never seem to find the time
Plans that
either come to naught or half a page of scribbled lines
Hanging on
in quiet desperation is the english way
The time is gone, the song
is over, thought Id something more to say
Pink Floyd „Time”
The night is dark and cold
The strong winds and the rain
Crack the branches upon my window
The devil beats his drum
Casting out his spell
Dragging all his own down into hell
jak zwykle.. dawno nie pisałem, lenistwo? Zwyrodnienie jakieś? Dużo roboty i brak sensu ? ... wszystko po trosze... W końcu jest trochę czasu, głowa huczy, tabletki nie działają, muzyka łagodnie dźwięczy w pokoju. Jestem po sesji, po pierwszym roku studiów.. w sumie czeka mnie jeszcze wrzesień, niby istnieje ta ciągła niepewność i zwątpienie, ale pomimo to stwierdzam że z tych studiów nikt ani nic mnie nie wykopie... nienawidzę gdy przez jeden durny przedmiot trzeba powtarzać kilka egzaminów, to tak jakby ktoś zabrał ci całe opakowanie cukierków bo stwierdził, że jeśli nie umiesz odpakować jednego, nie należy ci się reszta... co za crap ...
ale pieprzyć to... są wakacje, kolejne, może w końcu inne – bardziej żywe. Powrót do starych lat, pierwszej klasy liceum/ ostatniej klasy gimnazjum... więcej zieleni, więcej spotkań ze znajomymi. Tylko my jacyś starsi... bardziej zmęczeni, może trochę smutniejsi... ale co tam, byle do przodu. ...
She rises early from bed
Runs to the mirror
The bruises inflicted in moments of fury
He kneels beside her once more
Whistpers a promise
"Next time I'll break every bone in your body"
When the poets dreamed of angels
What did they see?
History lined up in a flash at their backs
postanowiłem trochę zaszaleć... dodać więcej atrakcji swojej notce. Dzisiejszą notkę sponsoruje David Sylvian i jego utwory: Devil's Own oraz When The Poets Dreamed of Angels ... może jeszcze jakiśbędzie, nie mam pojęcia, właśnie leci płytka, więc jak mnie podkusi to dorzucę ;)
Minął kolejny rok „szkolny” tym razem mogę powiedzieć „akademicki” ;) cóż, może filologia angielska w filiii uniwersytetu nie jest czymś wielkim, ale stwierdzam że nauka o języku angielskim jest genialna. Uwielbiam ten język, mimo moich durnych problemów z gramatyką, uwielbiam tłumaczyć, i doszukiwać się wszelkich możliwych rozwiązań dla zdań i słów, dla wyrażeń i powiedzeń... to tak jakby rozszyfrowywać starożytne księgi, nieznane dotychczas, lub tłumaczone tak amatorsko, że aż skóra cierpnie... a Ty pragniesz by te słowa znalazły genialne, idealne wręcz odzwierciedlenie w swoim języku, i stwierdzasz że te słowa w oryginale są zbyt piękne by tłumaczyć je na nasz rodzimy język. Język polski jest piękny, lecz gdy odzieramy angielskie słowa z angielskiego akcentu, dźwięku i przesłania, zdania stają się bezpłciowe... a moim zadaniem jest, sprawić by posiadały magię równą oryginałowi.
Możecie uważać mnie za wariata, za niepoprawnego romantyka, który doszukuje się niestworzonych rzeczy na siłę... ale mam to gdzieś, wolę doszukiwać się tego na siłę, i posiadać swój własny skrawek magii w swym życiu, chociażby byłoby to pisanie prostych zdań w języku innym niż ojczysty :)
W czasie od ostatniej notki, do tej, odwiedziłem Holandię, piękną Holandię genialny Amsterdam, który tętni życiem, i pulsuje tak, jak rój pszczół... niezliczona ilość osób, rowerów, języków, dźwięków, kultur... wszystko to zlewa się w cudowny misz-masz, którego nie sposób opisać... chciałbym znaleźć się w Amsterdamie nocą, nie dane było mi niestety spędzić tam tak długiej chwili, lecz mimo wszystko. Główny plac Amsterdamu, liczne kanały przecinające uliczki. Osławioną Dzielnicę Czerwonych Latarni ^^ Coffe Shopy i Sex Shopy także xD jako nieposkromiony fan anime wszelakiego, oraz fantastyki wszelakiej musiałem wpaść do 2 miejsc, mianowicie – Manga Shopu – tak tak, same komiksy i mangi, plus trochę figurek i plakatów ... niby małe pomieszczonko, ale 2 osobową sofę zmieścili :D oraz Fantasy shop... niestety tego nie dane mi było popodziwiać odpowiednio długo, ale przeróżne figurki z fantasy, anime – elfki, boginki, mangowe dziewczęta... gdzieś nawet widziałem różdżki, karty Magic The Gathering. Wszędzie zieleń, udawany strumyczek i delikatna celtycka muzyka sącząca się z głośników... hah, bajka, po prostu bajka :)
Chciałbym tam wrócić po raz kolejny, chociaż raz... zaszaleć z przyjaciółmi całą noc, zwariować, oszaleć, stracić wszystkie zmysły i wrócić do siebie z powrotem. Chociaż na jedną noc. Idealne miasto by spełnić swoje szalone marzenia :)
The wounds on your hands never seem to heal
I thought all I needed was to believe
Here am I, a lifetime away from you
The blood of Christ, or the beat of my heart
My love wears forbidden colours
My life believes
Sensless years thunder by
Millions are willing to give their lives free
Does nothing live on?
Learing to cope with feelings aroused in me
My hands in the soil, buried inside of myself
My love wears forbidden colours
My life believes in you once again
raz jeszcze David Sylvian... tym raze mForbidden Colours. Powinniście posłuchać jego genialnego głosu, i tej muzyki... jest niesamowita.
No tak, zaczęły sę wakacje, już kilka dobrych wypadów sięudało, jest co wspominać, a teraz cóż.. zacznie sięnajlepsze, czekałem na to kilka miesięćy. W końcu przyjeżdżają Raps i Xonare, nie ma to jak dwójka przyjaciół, mimo że ponad 100 km odemnie, ale gadu i telefon zawsze pod ręką... nie mogę się doczekać, cóż... widać samotność doskwiera w tym smutnym mieście, w któym spotkaćsię można z przyjaciółmi i starymi znajomymi jedynie w wakacje... bo w ciągu roku, semestru... zostająjedynie wspomnienia, i cienie...
Chciałbym by to się skończyło, by te cienie odeszły, i zapełnij je jakiś blask, ale cóż widocznie na swoją czarownicę przyjdzie mi jeszcze poczekać... a czekam cierpliwie, i uzbrajam się w kolejne pokłady doświadczeń, fantazji i nieprzemyślanych do końca tematów.
A teraz ostatnia część wkładu Davida w tą notkę, utwór który sprawił że zakochałem się w jego muzyce... jest jakby wyjęty z kart mojego życia, nie wiem, może dramatyzuje, może nie ... wszystko jedno, uwielbiam go... The Boy With the Gun
He knows well his wicked ways
A course of bitterness
A grudge held from his childhood days
As if life had loved him less
Reading down his list of names
He ticks them one by one
He points the barrel at the sky
Firing shots off at the sun
"I am the law and I am the King
I am the wisdom, listen to me sing"
He carves out the victim's names
In the wooden butt of the gun
He leans well back agains the tree
He knows his Kingdom's come
He'll breath a sigh self satisfied
The work is in good hands
He shoots the coins into the air
And follows where the money lands
"I am the law and I am the King
I am the wisdom, listen to me sing"
He pauses at the city's edge
Of hellfire and of stone
He summons up the devil there
To give him courage of his own
He'll free the sinners of deceit
They'll hear his name and run
His justice is his own reward
Measured out beneath the sun
"I am the law and I am the King
I am the wisdom, listen to me sing"
And my name's on the gun
Work is just begun
The boy with the gun



* * *
- design by
Michelle -